GeologiaOpracowaniaWulkany

Największe bzdury w filmach katastroficznych część 1

Mity i fakty o wulkanach w kinie

Wulkany, czyli podstawy (zanim przejdziemy do sprawy lawy)

Wszyscy je znamy, nawet jeśli nie oglądamy regularnie. Niektórzy szukają w nich emocji, inni celowo wybierają tylko cieszące się te najgorszą sławą, czyli klasy Z. Chodzi oczywiście o filmy katastroficzne. Czasami znajduje się w nich ziarno prawdy naukowej, innym razem nikt nawet nie stara się, aby sprawy geologiczno-meteorologiczne wypadły wiarygodnie, bo w ogóle nie o to w danym filmie chodzi. Jednych doprowadzają do śmiechu, inni załamują ręce.

Bez względu na to, jaki kto ma stosunek do tego typu kina, bezdyskusyjny pozostaje fakt, że produkcje spod znaku katastrof są bogatym źródłem wiedzy o tym, jak daleko można się posunąć przy pokazywaniu ludziom bredni. Brednie te bywają bardziej satysfakcjonujące i wciągające widza niż cała fabuła (oparta zazwyczaj na powtarzalnej strukturze).

W tym „odcinku” prezentujemy wulkany i związane z nimi sprawy podstawowe, bez których nie można ruszyć dalej do krainy bredni i fantazji. Proszę jednak pamiętać, że niniejszy artykuł nie ma na celu ośmieszać jakiegokolwiek filmu, stąd brak bezpośrednich odniesień. Zapaleni miłośnicy produkcji katastroficznych z pewnością odnajdą tu jednak niezapomniane przebłyski naukowego geniuszu z takich filmów jak Góra Dantego, Wulkan, Pompeje czy 2012.

Wulkany w filmach katastroficznych

Kamienie nie mówią

To częsty i bardzo poetycki motyw – oto wielki naukowiec (zazwyczaj będący przejazdem w miejscowości, której na co dzień nie zna) na pierwszy rzut oka potrafi stwierdzić, że wydarzy się katastrofa (i oczywiście na rację, ale żeby przekonać innych, czeka go długa i ciernista droga).

Gdy naukowiec spogląda na wulkan i stwierdza, że będzie źle – nie jest jeszcze najgorzej. Wytrawnemu badaczowi samo przebywanie w towarzystwie ognistej góry potrafi wiele powiedzieć o poprzednich erupcjach, stopniu ulatniania się toksycznych gazów czy temperaturze okolicznych zbiorników wodnych.

Zupełnie inną sprawą jest jednak wyczytywanie prawdy objawionej z przydrożnych kamieni. Tak, naukowcy z filmów katastroficznych naprawdę to potrafią! Nie potrzebują żadnego sprzętu, żadnej aparatury, żadnych statystyk do porównania. Ba, oni nie grzebią nawet w ziemi, zapomnijmy o stratygrafii, badaniu osadów, choćby pobraniu próbek. Taki badacz po prostu bierze pierwszy lepszy kamień do ręki i już wie, czego się spodziewać. Kamień zazwyczaj nie jest nawet pochodzenia wulkanicznego, ale to bez znaczenia, bo kamień mówi.

Otóż kamień nie mówi. Bez aparatury, bez większej ilości danych, bez przeprowadzenia żadnych badań i przede wszystkim bez kontekstu – kamień nie mówi. A już na pewno nie zdradzi nam, kiedy dokładnie wulkan wybuchnie. Być może sam nie wie, a być może nie ma ochoty nikomu zdradzić tej tajemnicy.

Wulkany w filmach katastroficznych

Wulkany są jak koty: jest ich wiele gatunków

W filmach katastroficznych zobaczymy tylko jeden typ wulkanu: stratowulkan. Dlaczego? Ponieważ wybucha w sposób spektakularny. Poza tym ma odpowiedni wygląd, a to w kinematografii sprawa kluczowa. Tak jak są gwiazdy wielkiego ekranu, tak są i gwiazdy wśród wulkanów: liczy się uroda, seksapil, nietuzinkowy charakter, nieprzewidywalność. Te wszystkie cechy mają w sobie stratowulkany i dzięki temu dla świata kina stały się jedynym akceptowalnym gatunkiem wulkanów na Ziemi.

Film dopuszcza czasem także superwulkany (bo robią wielkie bum, zazwyczaj rozpoczynające Apokalipsę), ewentualnie wulkany typu mieszanego, które są tak nieprzewidywalne, że mogą nam nagle urosnąć na miejskim skwerze albo zaczopować linię metra. Kiedy przychodzi jednak do wybuchu, wszystkie kinowe ogniste góry okazują się wulkanami eksplozywnymi.

Stratowulkany mają jeszcze jedną bardzo mocną stronę: są stereotypowymi ludzkimi wyobrażeniami o wulkanach jako takich. Wysokie, idealnie stożkowate, spowite chmurami, czapą śniegu, lodowcami, z serpentynami zastygłych potoków lawy – po prostu magiczne. Takie wulkany naprawdę istnieją i to w dużych ilościach, najwięcej jest ich w Pacyficznym Pierścieniu Ognia, ale nie oznacza to, że są jedynym gatunkiem na Ziemi. To tak jakby wszystkie dinozaury sprowadzić do Tyranozaura.

Wulkany w filmach katastroficznych

Wulkany mają różne kształty: mogą być stożkiem, ale mogą też przypominać wielkie wieloryby ledwo odcinające się od linii horyzontu. To wulkany tarczowe: lawa płynie po nich żwawo, bo jest zazwyczaj zasadowa (czyli mało lepka) i rozlewa się na ogromnym obszarze. Takie wulkany to olbrzymy, często także na wysokość, ale kompletnie tego nie widać, bo na szerokość i długość mają jeszcze więcej. Przykład? Mauna Loa na Hawajach.

Zdarza się i tak, że wulkan jest wysoki, ale nie ma czubka – robi się z niego taka góra stołowa. Jak? Wystarczy ukształtować się pod lodem, wtedy naprawdę nie jest łatwo strzeliście rosnąć, bo zewsząd otacza górę lodowy sufit. Takie przypadki zdarzają się na przykład na Islandii.

Są w końcu też wulkany, które w ogóle nie mają stożka, czyli nie wybuchają centralnie (z konkretnej komory magmowej), ale szczelinowo. To już bardzo mało filmowe. Takie wulkany występują nade wszystko w strefie spreadingu., czyli rozsuwania się płyt litosfery. Tworzy się szczelina, którą wypływa magna, formując nową skorupę.

Wulkany w filmach katastroficznych

Wiele takich wulkanów znajduje się pod wodą i jakoś większość filmowców nie kwapi się, by pokazywać erupcje na dnie oceanu. Pod miastem, w tunelu metra – to już zupełnie inna sprawa, ale zaraz i tak wyrasta stożek, bo jak zareagowałaby widownia, widząc lawę płynącą ze szczelin? Uznałaby, że ją oszukano, bo przecież żaden normalny wulkan tak nie wygląda. Ze szczelin może sączyć się trujący gaz, gorące wyziewy, ewentualnie może ku powierzchni przedzierać się gejzer, ale lawa nigdy.

Warto w tym miejscu też wspomnieć, że nie każdy wulkan wylewa z siebie lawę. A już z pewnością nie każdy ma wszystkie atrakcje na raz i w krótkim czasie antenowym, czyli lawę, materiał piroklastyczny i wielkie chmury popiołu, podobne do grzybów atomowych.

Erupcje wulkanów potrafią trwać dłużej niż rok, ale jak to wpasować w fabułę? Taka wiedza staje się kompletnie bezwartościowa.

Są na świecie ponadto wulkany, które noszą nazwę pyłowych i w ogóle prawie nie plują lawą. Tak było z pewnym sławnym wulkanem na Islandii, który eksplodował w 2010 roku i wyrzucił do atmosfery takie ilości pyłu, że skutecznie sparaliżował ruch lotniczy na wiele dni. Ten wulkan (Eyjafjallajökull) został gwiazdą wyłącznie małego ekranu, ale Islandia przy okazji zyskała międzynarodową sławę.

Filmowcy nie przepadają także za stożkami pasożytniczymi. Wolą jeden, wielki krater, który przypomina wrota do piekieł. Tymczasem wiele wulkanów ma po kilka kraterów (jak choćby Etna na Sycylii), wiele stożków pasożytniczych albo kopuły lawowe – w ten sposób eksplodowała Góra St. Helens. To bardzo widowiskowy rodzaj erupcji, nieraz połączony z osunięciem się zbocza albo urwaniem sporej części wulkanu (niekoniecznie tej szczytowej). Krater centralny zawsze jednak wygrywa w filmach, dzięki temu naukowcom jest też łatwiej coś zbadać, zwłaszcza kiedy skończą rozmawiać z kamieniami.

Wulkany w filmach katastroficznych. Kadr z filmu „2012”

Nie lata się samolotem w czasie Apokalipsy

Filmy katastroficzne często kierują się prostą logiką – skoro nie da się po ziemi, bo lawa, bomby wulkaniczne, trzęsienia i szczeliny (a czasami ziemi już w ogóle nie ma, bo właśnie wybuchł superwulkan Yellowstone i poluzował całą skorupę ziemską, jakby to były spodnie od piżamy), to trzeba w powietrzu. Jest szybciej, więcej manewrów i jakoś mniej trzęsie. Otóż bardzo zatrzęsie, kiedy zderzymy się z Matką Ziemią, a zderzymy się na pewno, bo latanie w wulkanicznej „atmosferze” to misja samobójcza. Być może nawet nie wystartujemy.

Popiół wulkaniczny wygląda niepozornie, ale jest zabójczy. Z pewnością powiedzieliby nam to mieszkańcy Pompejów, gdyby tylko Wezuwiusz dał im szansę powiedzenia czegokolwiek. To właśnie gruba warstwa popiołu, która zmieniła się w twardą skorupę pumeksu pogrzebała cała miasto i wcale nie potrzebowała na to wiele czasu.

Wyobraźmy sobie teraz mieszkańców Pompejów czy Herkulanum, jak próbują wsiąść do awionetki lub bardziej widowiskowo – do odrzutowca – i wybrać sobie lepsze miejsce do życia. Nawet gdyby mieli najnowszą technologię, nie mieliby żadnych szans. Popiół zalepia wszystko i jest niezwykle ciężki: silniki, skrzydła, cała struktura wszelkich pojazdów latających są bez szans. Poza tym trzeba wiedzieć, gdzie się leci, czyli trzeba to widzieć. To jakby wymieszać mgłę ze smołą i starać się nawigować.

Islandia 2010 i wulkan Eyjafjallajökull – warto jeszcze raz do niego wrócić. To ten piękny okaz sparaliżował ruch na całym świecie. Na świecie, a nie tylko wokół Islandii. Przypomnijmy sobie o nim, kiedy zapragniemy zostać królami przestworzy w czasie erupcji wulkanu, który dymi, pyli i wyrzuca materiał piroklastyczny. I zastanówmy się dobrze.  A jeśli zamierzamy dodatkowo przelecieć tuż nad kraterem, lepiej najpierw zmierzmy temperaturę, o ile oczywiście mamy termometr, który mierzy gorąco w setkach, w najlepiej tysiącach stopni Celsjusza. I nie wsadzajmy go do lawy. Bo lawa… ale to już w następnym artykule!

Wulkany w filmach katastroficznych.

Polecamy

2 komentarzy

    1. Bo te filmy były całkiem spoko. Kino rządzi się swoimi prawami i trudno oczekiwać, aby wszystko w filmach było zgodne z nauką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back to top button