GeologiaOpracowaniaWulkany

Wulkany: czary-mary solfatary, kwasy stężone, fumarole, mofety

Największe bzdury w filmach katastroficznych część 3

Z serii: geolog umarł, kiedy obejrzał

Po części ogólnej i szczegółowej nadszedł czas na część dodatkową, która dotyczy zjawisk bezpośrednio związanych ze zjawiskiem wulkanizmu, ale w trochę mniejszej części z samym wulkanem. Twórcy filmów katastroficznych dobrze wiedzą, że wulkany to nie tylko sprawy lawy, ale także szansa na przybliżenie widzom, jak w ich wyobrażeniach prezentuje się piekło.

I trzeba przyznać, że niektóre z tych wizji napędziłyby stracha nawet Dantemu, który w końcu niejedno widział. Największego stracha natomiast napędzają geologom czy chemikom, którzy obserwując prawdy objawione na wielkim ekranie odkrywają w sobie drugą naturę: tę nakazującą im natychmiast poszukać odpowiednio dużego składu trotylu, aby z całego przemysłu kina katastroficznego zrobić jedną wielką bombę wulkaniczną i odpalić ją na oczach całego świata.

W tym odcinku przyjrzymy się bliżej trującym wyziewom i kwasowym jeziorom. Tak, one naprawdę występują w naturze, ale na tym podobieństwa się kończą, bo dalej jest… katastrofa i to prawdziwa. Zupełnie jakby niektórzy twórcy filmów spod znaku wielkiego bum sami mieli bliski kontakt z kwasami, ale już niekoniecznie wulkanicznymi.

Wulkany

Kto wulkan wdycha, ten szybko… zdycha 😉

Naukowa nazwa tego zjawiska brzmi: ekshalacje wulkaniczne. Brzmi groźnie, prawda? To dzięki tej groźnej nazwie możemy wraz z bohaterami filmów katastroficznych udawać się do krain zasnutych oparami, pokrytych skorupą siarki i chmur, które chmurami nie są.

Wyziewy unoszące się nad wulkanem, a już koniecznie w okolicach jego krateru, to znak rozpoznawczy tego, że góra żyje. A jak żyje, to i oddycha, choć bardziej jak smok niż jak człowiek. Na tym etapie wszystko się zgadza. Opary są w filmach i są naprawdę. Problem w tym, że dla twórców kina opary to opary i nie ma po co się rozmieniać na drobne i wnikać w naturę owych wyziewów. Po prostu mają być i mają robić wrażenie. Im więcej, tym lepiej!

Oczywiście wyziewy pokazywane są tylko w sąsiedztwie aktywnych wulkanów, bo kto by się tam zagłębiał w rozważania, że te uśpione lub nawet wygasłe też potrafią jeszcze ciut podyszeć.

Na swoje usprawiedliwienie filmowcy mają fakt, że żaden szanujący się twórca nie pokazuje wulkanu wygasłego, bo po co? Skoro nie wybucha, to jego potencjał przyciągania uwagi jest porównywalny do namokniętego prochu strzelniczego albo atrapy dynamitu.

Nie wybucha – nie dostaje roli w filmie. Może wybuchnąć bez ostrzeżenia, choć uznawano go za wygasły lub uśpiony porządniej niż Śpiąca Królewna z bajki, ale naprawdę wygasły? Panie i Panowie, filmy sporo kosztują, więc bądźmy poważni.

Wulkany

Wróćmy do ekshalacji wulkanicznych

Problem ich postrzegania jest podobny do postrzegania rodzajów wulkanów (patrz część pierwsza cyklu). Skoro wszystkie wulkany filmowe to stratowulkany, to wszystkie ekshalacje to wyziewy – takie średnio ciepłe, mocno trujące, o ładnym kolorze i formujące fotogeniczną mgiełkę.

Czasami zakłada się do ich zbadania jakieś maski, ale nie jest to regułą. Czasami posyła się marsjański łazik od NASA, bo badacze sami wejść jednak się boją (ale głównie dlatego, że wędrówkom nie sprzyja teren i może trząść, a nie dlatego, że opary są bardzo groźne same w sobie).

Czy takie wyziewy kiedyś usmażyły jakiegoś bohatera w filmie katastroficznym? Otóż zdarzało się, ale wówczas były to dymy piekielne buchające z otwierającej się pod nogami nieszczęśników szczeliny. To jednak zupełnie inna liga smażenia, raczej program MasterChef niż domowe gotowanie pomidorowej.

Wulkany -lawa

Jak to naprawdę jest z ekshalacjami wulkanicznymi?

Oto garść faktów. Ekshalacje to wyziewy składników lotnych, które w formie dymu wydobywają się z wnętrza Matki Ziemi i są dowodem na to, że tam głęboko fabryka nadal pracuje. Warto podkreślić, że wydobywają się z wnętrza, niekoniecznie z samego krateru, możemy je też spotkać na zboczach wulkanów, zwłaszcza tam, gdzie pojawiają się szczeliny.

Wywiewy wulkaniczne dzielimy na 3 podstawowe typy i lepiej o tym wiedzieć, zanim wsadzimy rękę do dziury w wulkanie albo pochylimy się, żeby zrobić ładne zdjęcie. Może się okazać, że to będzie ostatnia fotka w życiu naszym, jak i aparatu, o ile nie jest wysokiej klasy przyrządem badawczym.

Fumarola

Najgroźniejsze są fumarole, charakterystyczne zwłaszcza dla aktywnych wulkanów, w których diabeł pali. Składają się na nie siarkowodór, chlorowodór, dwutlenek węgla czy poczciwa para wodna. Badacze nie są zgodni, od jakiej konkretnie temperatury używa się określenia fumarola, ale standardowo jest to powyżej 250 stopni. Ciepło, prawda? Wciąż niewiele przy lawie, ale usmażyć kolegę damy radę bez problemu.

Wulkany

Solfatara

Chłodniejsze wyziewy to z kolei solfatary. Produkują je wulkany uśpione, które dopiero zbierają siły, jak i wulkany wygasłe, zwłaszcza jeśli wygasły niedawno (dla wulkanu niedawno może oznaczać kilka lub kilkanaście tysięcy lat). Solfatary nie przekraczają 300 stopni, zazwyczaj mają mniej, około 100 lub 150 stopni Celsjusza. Wciąż lepiej nie wsadzać w nie ręki, prawda?

Mofeta

Na wulkanie spotkamy też mofety zwane chłodnymi wyziewami. Nie dajmy się jednak zwieść nazwie – chłodne to w tym przypadku poniżej 100 stopni. Zawierają dużo dwutlenku węgla i trochę mniej siarki. Spotkamy je nie tylko w pobliżu wygasłych wulkanów (takich sprzed milionów lat), ale również tam, gdzie na przykład wydobywa się gaz ziemny.

Nawet najchłodniejsze wyziewy wulkaniczne są groźne, bo są trujące. W najlepszym wypadku szczypią w oczy i drapią w gardło, w gorszym mogą prowadzić do poważnych zatruć i uduszenia. Na Islandii największe szkody wywoływane przez wulkany są właśnie autorstwa trujących gazów. Dostają się nie tylko do powietrza, ale i do wody, powodując skażenie ogromnych połaci ziemi i wymieranie zwierząt.

Takimi kwestiami twórcy filmów katastroficznych się nie interesują, bo po co? Rekiny wirujące w tornadzie? Proszę bardzo! Ale owce padające na polu? Żarty na bok, tu się robi wielkie kino, a nie pogadanki ekologiczno-weterynaryjne.

Wulkany

Kwas czy na kwasie?

Twórcy filmów katastroficznych prezentują zazwyczaj opcję numer dwa, przynajmniej oceniając wyniki ich przebłysków geniuszu z dziedziny geologii i nauk pokrewnych. To jak to jest z tym kwasem? Otóż wulkan to dobry producent kwasów, bo ma w sobie sporo trującego towaru, jak choćby dwutlenek siarki. Taki dwutlenek spotykający wodę może nam dać kwas siarkowy, solidnie stężony. To zbyt piękne, aby nie wykorzystać tego w filmie.

Kwaśne jeziora (i w ogóle jeziora wulkaniczne, bo nie wszystkie są kwaśne) powstają najczęściej w kalderach wulkanów, ale bywają też choćby zaporowe, kiedy potoki lawy blokują odpływ wody. Formalnie mamy jeziora kraterowe i kalderowe (na oko różnicę rzadko widać, te kalderowe są po prostu zazwyczaj większe), a także maary, które powstają w zagłębiach (często określanych jako lejkowate) po eksplozji stratowulkanu.

Oczywiście kiedy wulkan wybucha, może rozsiewać wokół siebie (to „wokół” to czasami wiele kilometrów) trujące gazy i pyły. Wiele z nich wydobywa się też z okolic wulkanu, poprzez szczeliny w ziemi, tworząc opisane wcześniej ekshalacje. Takie wyziewy plus zbiornik wodny równa się spory problem. Czasami pH takiego uroczego jeziorka ma mniej niż 1, czyli jest tak stężonym kwasem, że rozpuści wszystko.

Jeziora wulkaniczne, pola z wyziewami, zatrute cieki wodne – to wszystko lubią filmowcy, bo niesie zniszczenie. Gorzej jest jednak z konsekwencją. To groźne czy nie? Problem polega na tym, że ma być bardzo groźnie, ma być jak w piekle, ale z drugiej strony bohater musi sobie poradzić, więc bądźmy wyrozumiali, Proszę Państwa. Bohater pierwszoplanowy i większość pozytywnych postaci musi przeżyć i wywinąć się w ostatniej chwili. Ci wredni zazwyczaj giną, ale dobrzy muszą dotrwać do końca, ze wszystkimi kończynami albo chociaż z większością. Jaki jest w tego wniosek? Otóż muszą być bardziej odporni, skoro wulkan nie odpuszcza. Na przykład odporni na kwas.

Wulkany

Filmowa sceneria

Wyobraźmy sobie taką scenę: wokół ciemna noc, popiół pokrywa wszystko, ogień strzela w niebo, lawa właśnie pożarła domek i zostaje nam tylko ucieczka łódką przez jezioro. Romantycznie, prawda? Tylko że jeziorko zrobiło się zielone i śmierdzi. Kwas, ale jaki zmyślny: ryby pływają w nim do góry brzuchami, wszystkie martwe, ale nienaruszone. Zatruły się, ale w ogóle nie rozpuszczają.

To samo dotyczy naszych bohaterów, ich ciała są odporne, ale za to zupełnie nieodporny jest metal, z którego zrobiono łódź i oczywiście śruby steru. Jest tak źle, że łódka powoli idzie na dno, a z kolei jej dno przeżera kwas. Co robi jedna z dzielnych bohaterek? Wskakuje do wody, aby doholować łódź do brzegu. I chociaż jest porządnie poparzona i nawet umrze (bo była trochę wredna i uparta, więc filmowcy nie mają litości), to ciało się nie rozpuściło, gdzieżby tam. Metal nie wytrzymał, ale nogi nadal są na miejscu. A wokół zdechłe ryby, ze wszystkimi łuskami. To są prawdziwe cuda, Proszę Państwa.

Na koniec inny przykład, tym razem związany bardziej z lawą, ale jednak w jeziorze. Parka zakrada się, aby pofiglować w źródełku termalnym, a tu wulkan robi niespodziankę i zamiast wody z głębin strzela słup magmy. Efekt? Martwe, poparzone ciała, ale nadal tam pływają, no może bardziej dryfują jak tamte zdechłe ryby, ale są w całości. Przypomnijmy: lawa ma zazwyczaj powyżej 1000 stopni Celsjusza. Ktoś tu zachował zimną krew!

Wulkany

Polecamy


Baza Dinozaurów

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button