GeologiaOpracowaniaWulkany

Wulkany – czego reżyser nie pokaże w kinie

Największe bzdury w filmach katastroficznych część 4

Z serii: geolog umarł, kiedy obejrzał

Ostatnia część cyklu ma charakter przewrotny, bo wcale nie będzie tu mowa o bredniach i fantastycznych wymysłach przemysłu filmowego spod znaku katastrofy, tylko o czymś zgoła przeciwnym: o fascynujących zjawiskach przyrody, które są jak najbardziej prawdziwe, ale żaden filmowiec nie chciał w nie uwierzyć lub w ogóle nie zdawał sobie sprawy z ich istnienia, więc nie dostąpiły zaszczytu pojawienia się na wielkim ekranie. A wielka szkoda, bo zrobiłyby o wiele większe wrażenie niż to, co naprawdę możemy na nim obejrzeć. Matka Natura lubi zaskakiwać, lubi być widowiskowa i czasami całkiem nie zna litości.

Lawa

Fatalne zauroczenie

Wydawałoby się, że pokazanie, na co ją stać, powinno przyspieszać bicie serca każdego szanującego się producenta, ale… no cóż, trzeba jeszcze to wiedzieć i uwierzyć. Nie w potęgę rzeczonej Matki Natury, ale w to, że uda się zebrać fundusze na produkcję. Poza tym wszyscy wiemy, że ludzie lubią oglądać to, co już znają, forsowanie nowości może się zatem skończyć fatalnie dla box office’u.

A co może się skończyć fatalnie dla każdego, kto znajdzie się w pobliżu wulkanu? Poniżej przegląd atrakcji z geologicznego Disneylandu spod znaku Apokalipsy. Niektóre są przepiękne, więc bądźmy ostrożni – to może być fatalne zauroczenie.

Fatalne zauroczenie lawą

Sądzisz, że masz wysokie ciśnienie?

Twój internista jest w błędzie. Twoje ciśnienie w skali geologicznych koszmarów prezentuje się naprawdę przyzwoicie, możesz być pewien. I nie chodzi wcale o adrenalinę, która mogłaby Ci je podnieść na przykład podczas oglądania pędzących fal błota i gorących popiołów wulkanicznych, które nazywamy laharami (o tym za chwilę), ale o drastyczne zmiany temperatury wewnątrz ciała.

Panie i Panowie, składamy się przede wszystkim z wody (no i z bakterii, ale to nie cykl o biologii człowieka, więc ten szczegół sobie darujemy), a woda reaguje na drastyczne zmiany temperatur. O ile dosyć trudno jest jej zamarznąć w naszym organizmie (chyba, że ktoś wrzuci nas do ciekłego azotu), o tyle odparować już jej się zdarza. W jaki sposób? A na przykład dzięki bliskiemu kontaktowi z lawą. Najlepiej takiemu bezpośredniemu, we współczesnych czasach wiele osób stara się trzymać dystans, ale lawę niespecjalnie to obchodzi. Jeśli staniesz na jej drodze, nie poczeka przy szlabanie jak sznur samochodów przed przejazdem kolejowym, o nie. I wcale nie trzeba wiele, wystarczy kropelka. I jeden wdech.

Kąpiel w lawie nie wyjdzie nam na dobre…

Poparzenie lawą

Sporo ludzi obawia się poparzenia lawą, a lawą trudno się poparzyć, przynajmniej taką w miarę rześką, czyli powyżej 800 stopni. Dlaczego? Bo nie zdążymy się poparzyć. Nie zdążymy poczuć bólu. To nie wyrywanie zęba ani kontakt z rozgrzanym tłuszczem na patelni. To lawa. W niej nie popływamy ani nie zanurkujemy. I nie zapominajmy, że przy okazji musimy też oddychać i to akurat tym, co jest dostępne. Kontakt z tak wysoką temperaturą powoduje natychmiastowe odparowanie wody z naszego organizmu, co dramatycznie podnosi ciśnienie. Choć wygląda to na nędzny efekt specjalny, dzieje się naprawdę: człowieka rozsadza na kawałki. Dosłownie. I żaden internista ani nawet chirurg plastyczny już nie pomoże. A teraz wyobraźmy to sobie na wielkim ekranie. Prawda, że scena byłaby niezapomniana?

To oczywiście wersja najbardziej dramatyczna. Może się zdarzyć i tak, że lawa wytopi nam najpierw cały układ nerwowy na danym obszarze i tkankę podskórną (czyli głównie tłuszcz), potem żar spali płuca i zniszczy wszystkie narządy wewnętrzne, na końcu stracimy przytomność (raczej na amen). Woda w naszym ciele będzie odparowywała stopniowo, dopóki nie zostanie z niej ostatnia kropelka. Szanse, że będziemy to jeszcze czuli, są nikłe.

Podobnie sprawa wygląda z wdychaniem gorących oparów oraz z wdychaniem popiołów. Może w filmach opad popiołu wygląda jak ciemny śnieg, przez który trzeba brodzić i to jego jedyna wada, ale w rzeczywistości to malutkie fragmenty lawy o ostrych krawędziach, które nie tylko parzą organizm od wewnątrz, ale także tną płuca jak żyletki. Pokazanie tego na ekranie przypominałoby bardziej sceny z horroru niż filmu katastroficznego.

Poparzenie lawą

Ocieplenie na wulkanie

To żadna tajemnica, że wulkan jest ciepły. Kiedy magma podchodzi mu do wylotu gardła (czyli krateru), robi się naprawdę gorąco. Taki wulkan to jednak często kawał góry, zdarza się, że nawet 6 tysięcy metrów powyżej poziomu morza albo i ciut więcej. Góry zaś mają to do siebie, że zbiera się na nich śnieg – miły, biały, choć niekoniecznie puchaty.

Znamy to dobrze z filmów: majestatyczne ośnieżone wierzchołki stratowulkanów górujące nad okolicą. To wszystko prawda. Zdarzają się i lodowce. Warto sobie zadać tylko pytanie, co wynika z tego, że podgrzewa się dużo śniegu i lodu. Otóż wynika topienie. A efektem topienia jest woda. Powódź na wulkanie? Nie, coś o wiele gorszego.

Lahar

Lahary

Lahary często określa się mianem spływów błotnych. To nie do końca trafne określenie, bo spływ błotny to… błoto, które spływa. Logiczne. Niekoniecznie spływa z wulkanu. Lahary natomiast to coś więcej niż błoto. To mieszaki gorących, uwodnionych popiołów wulkanicznych, które pędzą ze stopionymi masami śniegu i lodu w dół, zgarniając wszystko, co jest po drodze: kamienie, drzewa, domy, samochody, tamy. I oczywiście błoto również. Czasami nazywa się je spływami popiołowymi, co jest o wiele bardziej trafne.

Lahary pojawiają się na ekranach kinowych, ale prawie nigdy nie oddają skali tego zjawiska. Dość powiedzieć, że jeśli z wulkanu schodzą lahary, to właśnie one odpowiadają za przeważającą ilość ofiar na danym terenie (który może być baaaaardzo duży). Lahary pędzą z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę i są połączeniem zabójczej fali powodziowej z gorącym błotem.

Ludzie giną na skutek utopienia, obrażeń spowodowanych zderzeniem z tym, co niesie taki nurt, a niektórych czeka jeszcze gorsza śmierć: zostają uwięzieni w takiej mazi i nie mogą zrobić żadnego ruchu. To nie fikcja, to rzeczywistość, kiedy lokalne władze w porę nie ostrzegą mieszkańców. Dla przykładu: wulkan południowoamerykański Nevado del Ruiz, który zabił 20 tysięcy osób w Kolumbii i zablokował (i przy okazji zatruł) rzeki na ogromnej powierzchni. Miało to miejsce w 1985 roku.

A jeśli wybucha wulkan podlodowy, na przykład na Islandii? Wtedy powódź potrafi przekroczyć najśmielsze oczekiwania. Także filmowców. Dodatkowo są jeszcze trujące wyziewy, które niosą śmierć ludziom i zwierzętom, a do tego mogą skazić wody i glebę. Lawa jest daleko w tyle na liście wulkanicznych masowych zabójców, ale tego nie powie Wam żaden filmowiec.

Burze wulkaniczne

Burze wulkaniczne

Blask fleszy, zdobienia i feeria barw, czyli: wulkan chce się podobać

A teraz coś z kategorii estetycznych. Wulkany to nie tylko śmierć, pożary i krzyki rozpaczy wszystkich, którzy znaleźli się zbyt blisko. To również przepiękne efekty „dodatkowe” oraz to, co zostaje po erupcji i robi wrażenie (nie chodzi o stos ciał ani zdemolowane miasteczka, nie tym razem).

Każda gwiazda lubi pojawiać się w rozbłysku fleszy, wulkany również. Niepotrzebni im jednak paparazzi, bo same załatwiają sobie wszystko, co niezbędne, by uzyskać efekt wow. Zjawisko to czasem pojawia się w filmach katastroficznych, czasem nie, a jest naprawdę warte każdego budżetu: chodzi o burze wulkaniczne. Rozbłyski i wstęgi błyskawic tnących niebo w chmurze pyłu i nad gejzerem lawy – nawet jeśli to ostatni widok w życiu, to warto się na chwilę zatrzymać i zachwycić, prawda?

Burze wulkaniczne – spektakularne efekty

Co dokładnie wywołuje pioruny?

Choć naukowcy do tej pory nie rozszyfrowali do końca zagadki wulkanicznych burz, z pewnością pierwszoplanową rolę odgrywają trące o siebie drobiny materiału piroklastycznego, które się elektryzują. A chmura wulkaniczna to też chmura, choć utkana z popiołów i nieraz trujących gazów, więc potencjał burzowy ma. Czasami więc wielkie wulkaniczne bum prosto z krateru poprzedzają mniejsze burzowe bum, nie mniej spektakularne.

Burze wulkaniczne

Penitenty, pokutniki, mniszki śniegowe

Wędrując po zboczach wulkanu, również nieaktywnego w danym momencie lub wygasłego, możemy natknąć się na piękne i przedziwne formy lodu, które noszą nazwę penitentów i są charakterystyczne nie tylko dla wulkanów jako takich, ale wysokich gór w ogóle. To naturalna „biżuteria”.

Penitenty nazywa się też pokutnikami albo mniszkami śniegowymi – bo wyglądają jak stadko postaci w płaszczach, które pochylone nad ziemią odprawiają pokutę. Penitenty spotkamy przede wszystkim tam, gdzie są lodowce i pola firmowe, czyli w zimnych i wysokich partiach gór, także wulkanów. To stożkowate, całkiem wysokie formy (mogą mieć do kilku metrów, ale zazwyczaj nie przekraczają metra), które powstają dzięki sublimacji śniegu albo lodu. Są wyjątkowo malownicze, choć równie wyjątkowo utrudniają wędrowanie po stoku – nie ma ani jak ich wyminąć, ani gdzie postawić między nimi stopy. Do tego są ostre, więc kaleczą. Ich uroda i zjawiskowość okazują się jednak bezdyskusyjne.

Ozdoby na stokach wulkanu to nie tylko formy lodowo-śniegowe. Największym rzeźbiarzem i malarzem jest oczywiście lawa. Ciemne wstęgi po ostatnich erupcjach, czasami jeszcze ciepłe, naprawdę robią wrażenie. Niektóre z wulkanów na Kamczatce prezentują się dzięki nim lepiej, niż jest to pokazywane we wszystkich filmach katastroficznych razem wziętych. Potężny stratowulkan o niemal idealnym stożku, z czapą śniegu na górze i serpentynami czarnych potoków zastygłej lawy wokół to widok jak z bajki. A to wszystko bez lektora, sznura napisów na dole ekranu albo stadka biegających bez sensu statystów.

Penitenty, pokutniki, mniszki śniegowe

Kaldery

To samo dotyczy rozległych kalder, w których dopiero formują się nowe stożki czy turkusowych jezior w wygasłych kraterach, które swój kolor zawdzięczają często bardzo niskiemu poziomowi pH (czyli mówiąc prościej: są żrące, bo to stężone kwasy). Co więcej, takie jeziora potrafią zmieniać kolor, jak na przykład te w indonezyjskim masywie wulkanicznym Kelimutu. Fumarole wydzielające się z wnętrzności góry wchodzą w reakcję ze skałami i wodą, powodując przemiany chemiczne. Gama kolorów jest zdumiewająca: od błękitu i zieleni, przez czerń i brąz aż do czerwieni lub bieli.

Takich rzeczy nie zobaczymy na wielkim ekranie. Takie rzeczy są dostępne tylko na żywo, na jedynym i niepowtarzalnym spektaklu Matki Natury. Warto się nimi zachwycić, dopóki wciąż upiększają naszą planetę. I warto wiedzieć, co sprawia, że są takie zjawiskowe, zanim ktoś znowu wciśnie nam w garść cały pęk dynamitu skwierczących bredni, gotowych szybko i bezboleśnie urwać nam głowę.

Kaldera

Polecamy


Baza Dinozaurów

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back to top button