Afrykański rytm świata…
Jest coś głęboko poruszającego w świadomości, że świat, który wydaje się wieczny, nie został nam dany raz na zawsze. Żyrafa wynurzająca się ponad korony drzew, słoń niespiesznie przecinający drogę czy lew odpoczywający w cieniu to ciche świadectwa triumfu natury nad historią – tą samą, która od stuleci próbuje odebrać jej przestrzeń. Być może największym cudem Afryki nie jest potęga zamieszkujących ją zwierząt. Największym cudem jest to, że wciąż możemy je spotkać.
Pośród sawann Afryki, w sercu jednego z najstarszych parków narodowych Czarnego Lądu, codzienność wciąż dyktują prawa starsze niż ludzka cywilizacja. Człowiek nie występuje tu w roli zdobywcy ani gospodarza. Jest zaledwie gościem, który na krótką chwilę otrzymuje niezwykły przywilej: możliwość podglądania świata toczącego się własnym, niezmiennym rytmem.
Kolejny etap naszej afrykańskiej wyprawy prowadzi właśnie do miejsca, gdzie ochrona przyrody nie jest współczesnym manifestem, lecz historią pisaną od ponad wieku. Nie będzie to jednak kronika rezerwatu ani lista napotkanych gatunków. To opowieść o jednym spojrzeniu i ułamku sekundy, które przypominają, że najbardziej poruszające spotkania rodzą się w absolutnej ciszy…

Afryka – Orientacyjna mapa 3 Etapu podróży
Karta wyprawy
- Etap: 3
- Etap poprzedni: Addo i człowiek z Królestwa Niebieskiego
- Kontynent: Afryka
- Kraj: RPA oraz eSwatini (Suazi)
- Trasa: Republika Południowej Afryki – eSwatini (Suazi)
Główne miejsca odwiedzone podczas etapu:
- Park Narodowy Hluhluwe-iMfolozi (Hluhluwe–Imfolozi Park) w RPA
- Królewski Park Narodowy Hlane (Hlane Royal National Park) w Eswatini (dawniej Suazi)
Najważniejsze doświadczenia:
- safari w jednym z najstarszych obszarów chronionej przyrody Afryki
- obserwacja dzikich zwierząt w Parku Hluhluwe-iMfolozi
- spotkanie z lwem twarzą w twarz
- wieczorne ognisko w buszu eSwatini i rozmowy o granicy między światem człowieka a światem natury.
Najważniejsze zwierzęta etapu:
lew afrykański, żyrafa, nosorożec biały, bawół afrykański, guziec zwyczajny oraz inne gatunki charakterystyczne dla sawann i buszu południowej Afryki.
Najważniejsza myśl etapu:
Nie wszystkie spotkania z dziką przyrodą można zaplanować. Niektóre trwają kilka sekund, ale pozostają w pamięci znacznie dłużej niż cała trasa, którą trzeba było pokonać, aby do nich dotrzeć.


Afryka to spotkanie
Własny rytm świata natury
Może się wydawać, że świadomość ekologiczna, ochrona biosfery i przeciwdziałanie wymieraniu gatunków zwierząt to wartości i koncepcje o historii sięgającej najwyżej kilkunastu czy kilkudziesięciu lat wstecz w stosunku do czasów dzisiejszych. Od zdania sobie sprawy przez społeczeństwa z nastania antropocenu – termin bodajże spopularyzowany przez Juwala Harariego, oznaczający pierwszą epokę w dziejach, kiedy człowiek kształtuje warunki geograficzne i klimatyczne. Wraz z niestrudzoną działalnością Davida Attenborough. I wraz z tym, jak po raz pierwszy wielkość biomasy Ziemi stała się mniejsza niż wagowo mierzona wielkość nie-biomasy, czyli wytworów działalności ludzkiej cywilizacji.
Zastanawiające jest, że idee zachowywania w dobrym stanie zagrożonej przyrody mają znacznie starszy rodowód. A to znaczy, że problem zanikania gatunków świata fauny i flory był odczuwanym jako taki, który wymaga pilnych działań, już wówczas a nie w jakiejś odległej przyszłości.
To by oznaczało, że Ziemia jest w niezbyt dobrym stanie od bardzo dawna. I że elity społeczne rozumiały, że darwinizm to rzecz o pochodzeniu gatunków, a darwinizm społeczny i przemysłowy to rzecz o ich wymieraniu.
Musieli w podobny sposób myśleć założyciele ogrodu botanicznego, a także państwo południowoafrykańskie, w pierwszych dekadach XX wieku. Obrońcy przyrody przekonali rząd, by przeznaczył na stworzenie ogrodu teren opuszczonej farmy w miejscu zwanym Kirstenbosch. Rząd przekazał tę ziemię w formie darowizny specjalnie powołanej do życia prywatnej fundacji, z zastrzeżeniem wykorzystania rozległego terenu wyłącznie na założenie ogrodu botanicznego. Dziś Ogród Botaniczny Kirstenbosch w Kapsztadzie jest jedną z najwspanialszych instytucji tego rodzaju na świecie.



Ochrona przyrody zaczęła się wcześniej, niż nam się wydaje
I podobnie musieli analizować rzeczywistość, widząc dewastacyjne skutki działalności człowieka ludzie, którzy doprowadzili do utworzenia jednego z najstarszych parków narodowych na świecie, a najstarszego w południowej części Afryki – Hluhluwe iMfolozi – już w roku 1895.
I myśl, która na tym tle się wyłania jako jedna z refleksji wyprawy do Afryki: jest jakimś cudem, że to wszystko, co widzimy, nadal istnieje. Skoro żyje w niebezpieczeństwie od stuleci. W toku których człowiek był autorem pierwszej, a potem drugiej, a teraz trzeciej rewolucji przemysłowej i rolniczej, a natura nie przechodziła w tym samym czasie żadnych rewolucji, była jedynie przedmiotem tych procesów oraz podlegała ograniczeniom w przystosowywaniu się do ich skutków.
Tak więc, widząc kolejne stado żyraf, sądzimy że jest jakimś cudem, że żyrafy nadal żyją w tym stechnologizowanym, zindustrializowanym i zagraryzowanym świecie.



Cud, który wciąż trwa
W dodatku żyrafa nawet na tle innych spektakularnych dzikich zwierząt buszu wydaje nam się istotą całkiem nie z tej ziemi. Wrażenie takie wywołują jej nadzwyczajne kształty. Choć samo to by nie wystarczyło – decydująca dla poczucia obcowania z bytem oderwanym od kontekstu „normalnej” natury jest gracja, z jaką te kształty się poruszają.
Jest coś więcej. Hluhluwe-iMfolozi, północno-wschodnia RPA, stan KwaZulu-Natal. Wyjechaliśmy z Hillltop Camp, dochodzi siódma rano, a może dopiero 6:30. Za chwilę przestaniemy zwracać uwagę na upływ czasu.
Jest lew. Lew, który przechadza się między samochodami, w bliskiej odległości od upolowanego poprzedniej nocy guźca. Zatrzymuje się przy jednym z aut. Podchodzi na pół metra do drzwi z opuszczoną szybą. Dosłownie, pół metra – może, by być niezmiernie precyzyjnym, osiemdziesiąt centymetrów dzieli jego nos od drzwi. To są drzwi naszej toyoty.
Dodatkowe trzydzieści centymetrów dzieli go od Darii siedzącej na miejscu pasażera z przodu. Przez chwilę patrzą się sobie prosto w oczy. Lew jest znieruchomiały, spokojny, wydaje się zarazem że jego głowa wypełnia całą widoczną dla mnie przestrzeń. Myślę czy podnieść szybę ale najpierw musiałbym uruchomić silnik, bo nie udawało mi się dotąd inaczej włączyć elektryk. Daria natomiast myśli: boże, przecież patrzę w oczy dzikiego zwierzęcia. Czego zdaje się nie należy robić, przynajmniej wobec dużych kotów. Dlatego przez powolny półobrót głowy odwraca wzrok. Z żalem, bo zobaczyła w oczach lwa coś, co sprawia, że chciałaby przedłużyć ten moment jak długo by się dało. Lew, straciwszy jej spojrzenie, stoi jeszcze chwilę, po czym znika.


Spojrzenie lwa
Dwa dni później, wieczorem, przy wielkim ognisku rozpalonym przez wyprawę obok naszych domków w buszu, w rezerwacie Hlane w eSwatini wracamy do sytuacji z lwem.
Ktoś mówi, że lwy w Hluhluwe są może trochę obyte z widokiem urządzeń na czterech kołach, a może nadal budzą one ich zaciekawienie. Dlatego podchodzą do aut tak blisko. Natomiast Daria upiera się, że oczy lwa wyrażały jego obecność, bliskość, informację czy intencję, nie zaś badanie fizycznego obiektu.
Może to smak czerwonego południowoafrykańskiego wina, które weszło już do krwi, a może efekt zastanawiania się nad rzeczami różnymi sprawiają, że wiem, co o tym sądzić.



Czy zwierzęta potrafią z nami rozmawiać?
„Rozmawiacie na dwóch różnych płaszczyznach. Jedna to taka pragmatyczno-behawioralna. Kwestia, co powoduje lwem, że odrywa się on od guźca i spaceruje między autami. Druga to romantyczno-filozoficzna.”
I dodaję po chwili (ogień sprzyja dzieleniu się emocjami, które ugniatają trzeźwy osad w jeden amalgamat): „Jeśli ludzie dziedziczą cechy osobowości po odległych przodkach, to dlaczego nie miałoby być podobnie w świecie zwierząt. Tak, myślę, że lew patrzący się na człowieka oczami wielkimi jak szklane, pełne barw kule, mógł być, używając naszego języka, w akcie komunikacji.”
Teraz przenoszę wzrok z ognia na Darię.
„Myślę, że chciał ci powiedzieć: nigdy mnie nie zrozumiesz. Dlatego też odszedł, gdy odwróciłaś wzrok.”
Teraz Daria ma oczy wielkie jak szklane, i nieco załzawione, kule.
Afryka to spotkanie…
***
Ognisko będzie paliło się jeszcze wiele godzin. Nie żałowaliśmy drewna. Busz to niewyczerpywalny zasób, o ile jest się w nim gościem, a nie najeźdźcą.
Ludwik Sobolewski
prawnik, przedsiębiorca, autor
Wybrane zdjęcia Daria Sobolewska



Między Zululandem a królestwem eSwatini – tam, gdzie przyroda otrzymała drugą szansę
Północno-wschodnia część RPA różni się od surowych krajobrazów Kraju Przylądkowego i górskich płaskowyżów Lesotho. Sawanny przeplatają się tu z gęstym buszem, doliny rzek ustępują łagodnym wzgórzom, a ciepły klimat sprawia, że życie tętni przez cały rok. To właśnie tutaj leży historyczna kraina Zululand – ojczyzna Zulusów, jednego z najbardziej znanych ludów Afryki, którego dzieje na trwałe wpisały się w historię południowej części kontynentu. Słynny Zulus Czaka i jego rola warta jest zgłębienia.
W sercu tego regionu znajduje się Park Hluhluwe-iMfolozi – najstarszy park narodowy Afryki, obecnie w granicach RPA. Jego początki sięgają końca XIX wieku, kiedy utworzono tu pierwsze obszary chronione, aby powstrzymać gwałtowny spadek liczebności dzikich zwierząt. To właśnie tutaj zainicjowano program ratowania nosorożca białego południowego, który stał się jednym z największych sukcesów światowej ochrony przyrody. Niestety, w przypadku nosorożca białego północnego happy end nie zaistniał, gdyż na świecie pozostały jedynie dwie samice tego podgatunku.
Po przekroczeniu granicy krajobraz zmienia się tylko nieznacznie. Niewielkie eSwatini, jedno z ostatnich afrykańskich królestw, zachowało wiele elementów tradycyjnej kultury i silny związek mieszkańców z otaczającą przyrodą. Hlane Royal National Park jest największym obszarem chronionym kraju i ostoją wielu gatunków afrykańskich ssaków, dzięki czemu stanowi naturalne przedłużenie świata rozpoczynającego się po południowoafrykańskiej stronie granicy.
To właśnie na tych sawannach i wśród buszu najłatwiej zrozumieć, że dzika przyroda nie jest reliktem przeszłości. Jest żywym światem, który przetrwał dzięki ludziom, którzy w porę uznali, że nie wszystko na Ziemi powinno należeć do człowieka…










Dzika przyroda Hluhluwe-iMfolozi i eSwatini
Hluhluwe-iMfolozi oraz Hlane Royal National Park należą do miejsc, w których można jeszcze doświadczyć prawdziwego bogactwa południowoafrykańskiej przyrody. Sawanny, zarośla i doliny rzek tworzą tu mozaikę siedlisk zamieszkiwanych przez dziesiątki gatunków dużych ssaków – od potężnych przedstawicieli „wielkiej piątki” po mniejsze zwierzęta, które równie mocno budują charakter afrykańskiego krajobrazu.
Symbolem Hluhluwe-iMfolozi są przede wszystkim nosorożce białe, których historia ratowania rozpoczęła się właśnie tutaj. Park jest również miejscem występowania słoni afrykańskich, lwów afrykańskich, bawołów afrykańskich, lampartów, żyraf, zebr stepowych, gnu, guźców oraz licznych gatunków antylop, między innymi kudu wielkiego, impali, niali grzywiastych, bawolców i sassebi.
W Hlane Royal National Park krajobraz zdominowany przez rozległe obszary buszu i sawanny sprzyja obserwacji dużych zwierząt. Park słynie przede wszystkim z obecności lwów, słoni afrykańskich oraz nosorożców białych. Spotkać można tu również żyrafy, zebry, gnu, bawoły afrykańskie, hipopotamy, guźc, niale, impale oraz wiele innych przedstawicieli afrykańskiej fauny.
Nie wszystkie spotkania przychodzą jednak na zawołanie. Afrykańska przyroda nigdy nie jest przedstawieniem przygotowanym dla człowieka. Zwierzęta pojawiają się na chwilę, często niespodziewanie – czasem na otwartej przestrzeni, czasem ukryte wśród traw i krzewów. Właśnie dlatego każda obserwacja pozostaje czymś więcej niż tylko punktem zaznaczonym na liście podczas safari. I nigdy nie jest taka sama.





Droga prowadzi dalej…
Afryka rzadko zatrzymuje człowieka na zawsze. Wystarczy jednak jedna chwila, by już nigdy go nie opuściła. Każde miejsce pozostawia po sobie nie tylko wspomnienia, lecz także stawia kolejne pytania i pragnienie, by jechać dalej.
Najpierw wraca się do zdjęć. Później do wspomnień. Z czasem okazuje się, że najbardziej pamięta się nie miejsca, lecz chwile, których nie sposób było przewidzieć.
Trzeci etap afrykańskiej wyprawy pozostawia właśnie takie uczucie. Spojrzenie lwa, cisza buszu i wieczorne rozmowy przy ogniu przypominają, że najcenniejsze chwile podróży rodzą się wtedy, gdy przestajemy być jedynie obserwatorami. Wtedy Afryka odsłania swoje prawdziwe oblicze – nie jako zbiór niezwykłych miejsc i zwierząt, lecz jako świat, który od milionów lat żyje własnym rytmem.
A przed nami wciąż kolejne drogi, nowe krajobrazy i następne spotkania. W Afryce bowiem, każdy zakończony etap i droga prowadzą do następnej opowieści.
Najpiękniejsze wspomnienia z Afryki nie mają dat ani współrzędnych. Afryka nie zostawia jedynie śladów w albumach. Afryka zostaje w człowieku na zawsze…
Przed nami kolejne etapy, zostańcie z nami…
Poprzedni Etap: Addo i człowiek z Królestwa Niebieskiego

















