Miejsca, których nie poznamy
Każda podróż pozostawia po sobie dwie mapy. Jedną można rozłożyć na stole i odtworzyć z niej kolejne kilometry, przełęcze, rzeki i granice. Druga istnieje wyłącznie w wyobraźni. Prowadzi przez miejsca, do których nigdy nie dotarliśmy, przez krajobrazy, których nie zobaczyliśmy, i spotkania, które mogły się wydarzyć, lecz pozostały jedynie możliwością.
Afryka szczególnie mocno przypomina, że nie wszystko, co najważniejsze, rodzi się z dobrych planów. Czasem wystarczy jedna zmieniona decyzja, jeden zamknięty szlaban albo odmienna droga, którą ostatecznie wybierzemy, aby cała opowieść potoczyła się inaczej. Nie lepiej. Nie gorzej. Po prostu inaczej.
Ten etap wyprawy jest właśnie o takich drogach. O miejscach, których początkowo nie było na mapie. O hipopotamach spacerujących ulicami St Lucia, o wielorybach wynurzających się z oceanu, o żyrafach kołyszących się we mgle i o przekonaniu, że niekiedy największym darem podróży okazuje się to, z czego przyszło nam zrezygnować.

Afryka – Orientacyjna mapa 4 Etapu podróży
Karta wyprawy
- Etap: 4
- Etap poprzedni: Afryka to spotkanie
- Kontynent: Afryka
- Trasa: eSwatini – St. Lucia – Sani Pass – Lesotho – Panorama Route (RPA)
Najważniejsze miejsca:
- St Lucia
- iSimangaliso Wetland Park
- Hlane Royal National Park (eSwatini)
- Sani Pass
- Lesotho
- Panorama Route (Góry Smocze / Drakensberg i prowincja Mpumalanga)
Najważniejsze doświadczenia:
- zmiana planów wyprawy i rezygnacja z przejazdu przez Mozambik
- obserwacja wielorybów i delfinów na Oceanie Indyjskim
- nocne spotkanie z hipopotamami na ulicach St. Lucii
- safari w Hlane Royal National Park
- przejazd legendarną drogą Sani Pass prowadzącą do Lesotho
- podróż jedną z najbardziej malowniczych tras południowej Afryki – Panorama Route
- dotarcie do bram Parku Narodowego Krugera
Najważniejsze zwierzęta etapu:
- hipopotamy, wieloryby, delfiny, lamparty, lwy, nosorożce białe, nosorożce czarne oraz żyrafy.
Motyw przewodni etapu:
- Nie każda zmiana planów oznacza stratę. Czasem właśnie nieoczekiwany objazd prowadzi do miejsc, których nigdy nie odnaleźlibyśmy, gdyby wszystko przebiegło zgodnie z planem.

Nie zawsze żałujemy tego, co się nie wydarzyło
Są miejsca, w których miało nas nie być. Nie ma zaś tych, do których się przygotowywaliśmy.
Z podróżowaniem jest jak z innymi życiowymi sprawami. Przewidzieć i zaplanować da się wiele, ale czasem coś nas zaskoczy i wymusi reorganizację podróży. A zdarza się, że sami rezygnujemy z czegoś, by zadziałało się coś zupełnie innego.
Najgorsze – a może jednocześnie najlepsze – jest przy tym to, że nie jesteśmy w stanie sprawdzić, co by się wydarzyło, gdyby zaistniało coś czego ostatecznie nie wybraliśmy. Tak jak nie da się sprawdzić, który scenariusz naszego życia byłby dla nas ciekawszy, lepszy, szczęśliwszy. Niemożliwe jest przetestowanie dwóch, trzech lub więcej z nich, by potem wybrać ten najwłaściwszy. Przynajmniej w rzeczywistości, w której funkcjonujemy świadomie, bo podobno wedle mechaniki kwantowej jest możliwe, że żyjemy równolegle w dwóch czy więcej osobach.
Gdy wypożyczalnia samochodów z Cape Town poinformowała mnie w połowie czerwca, że nie może mi wystawić listu zezwalającego na wjazd do Mozambiku z powodu jakichś – chyba rzekomych – zamieszek, koniecznością stało się opracowanie wariantu alternatywnego wyprawy.
Dokładnie, na okres siedmiu dni, pomiędzy opuszczeniem parku Hlane w eSwatini a wjazdem do Krugera. Pierwotnie właśnie na segment trasy miał przypadać Mozambik. Po wymyśleniu tej zastępczej wersji ze zdziwieniem stwierdziłem, że wyszedł mi wariant może nawet ciekawszy niż jazda do Mozambiku i powrót do RPA. Dylemat stał się realny po wylądowaniu w Kapsztadzie, gdy okazało się, że jednak dostałem zgodę na zabranie samochodu do południowego Mozambiku.
Koniec końców wariant zastępczy zwyciężył. Zastępczy, lecz nie gorszy.

Lesotho
Nie zawsze wybieramy własną drogę
Po pierwsze, wyprawiliśmy się na wieloryby. Po drugie, wjechaliśmy na Sani Pass legendarną drogę wiodącą z RPA do Lesotho. Po trzecie, przejechaliśmy Panorama Route w górach Drakensberg. Nie wjechaliśmy do kraju, który dla całego towarzystwa byłby krajem nieznanym, ale te trzy mocne punkty miały szansę wszystko zrekompensować. Rzeczywistość przerosła oczekiwania, co potwierdzałoby maksymę, że mniej znaczy więcej. Oczywiście pamiętając o niemożności przeżycia dwóch różnych scenariuszy i dokonania ich rzetelnego porównania, od czego zacząłem ten artykuł…
Zaczęło się od wielorybów, czyli od pewnego… miasteczka? Mieściny? Osady? Wioski? Nazywa się to miejsce: St. Lucia.

St Lucia
St Lucia – tam, gdzie ulice należą także do hipopotamów
Z dłuższej rozmowy z Tammy, właścicielką i menadżerką pensjonatu, w którym się zatrzymujemy, wyłania się obraz St Lucii jak Avonlea z Ani z Zielonego Wzgórza. Niewielka społeczność, w której wszyscy się znają. Pewnie są ze sobą w lepszych i gorszych relacjach.
Tammy skupia się na opowiadaniu o tym, jak tutejsi ludzie się wspierają. Na przykład wtedy gdy jej dzieci idą przez sąsiednie uliczki po lody. Czynność banalna, lecz nie w St. Lucia. Bo w tych uliczkach można się natknąć na hipopotama. Dlatego co jakiś czas ktoś z sąsiadów dzwoni z informacją, że dzieci były widziane i nic im nie jest.
Wprawdzie takie eskapady bez rodziców wożących dzieci samochodami zdarzają się rzadko, bo po St. Lucia łażą nie tylko hipopotamy. Widywane są tam również lamparty. Tammy mieszka w osadzie od 20 lat i zaliczyła takich spotkań cztery. Jedno z nich zaliczył też kot sąsiadów, przyciśnięty łapa lamparta na dachu domku Tammy i jej męża. Lampart puścił krewniaka, gdy mąż oddał strzał że strzelby w powietrze.
Takie rzeczy w Avonlea się nie zdarzały. Była tam za to Małgorzata Linde, pełniąca społecznie rolę roznosicielki wiadomości o tym, kto aktualnie jest chory, kto kupił córce sukienkę z bufiastymi rękawami, komu na posesję spadła gałąź z drzewa sąsiadów i komu przydarzyło się coś jeszcze gorszego, o czym aż nie wypada opowiadać. Z grubsza biorąc, w St. Lucia jest podobnie, tyle że rolę Małgorzaty Linde przejęły telefony komórkowe.

Takich miejscowości, zbudowanych wiele dziesiątków lat temu i nie zmieniających się specjalnie, z klimatem westernu, dzikiego zachodu i awanturniczości, w wersji zdecydowanie romantycznej, pojawiło się na naszej trasie kilka. Swellendam, Cradock, Clarens.
Publikuję w medium społecznościowym fotkę z Clarens. Artur Owczarski, niestrudzony penetrator a zarazem znawca zachodnich stanów USA, pisze do mnie: „wygląda zupełnie jak centralny Teksas!”. Mam takie same myśli od paru dni i dlatego odpowiadam Arturowi: „może to wpływ osadnictwa, podjętego przez ludzi przybyłych z odległych krajów i innych kontynentów, zdeterminowanych do ciężkiej pracy, zamiast do bezmyślnego zdobywania przestrzeni. Może dlatego Teksas i Free State, i Western Cape, i Mpumalunga (dawniej: Wschodni Transwal) mają że coś istotnie wspólnego”. Trzeba będzie o tym porozmawiać po powrocie.
Ale wróćmy do naszych baranów, a raczej hipopotamów. One naprawdę zachodzą do St. Lucia. Po opowieściach Tammy wyruszyliśmy na nocny objazd okolicy. Dwieście metrów od głównego ronda zobaczyliśmy mamę-hipopotamicę, z małym. W takiej sytuacji naprawdę lepiej być samochodzie, a nie na pieszym spacerze. Ucieczka pieszego jest trudna, bo hipopotam rozwija prędkość przekraczającą 45 km/h.
Lamparta nie udało się zobaczyć, mimo sumiennego przejechania kilku kilometrów wzdłuż plaży nad Oceanem Indyjskim i wspomagania się latarką o dużym zasięgu.
Za to następnego dnia wypłynęliśmy w ocean i zobaczyliśmy, że populacja wielorybów jest znacząca. W tym wielorybów pokazujących swe imponujące płetwy ogonowe. Na koniec wyprawy morskiej pojawiły się delfiny, płynące tuż obok i przed łodzią, a także klasycznie przemykające ponad wodą, jak w jakiejś figurze akrobatyki sportowej.

iSimangaliso Wetland Park
Tam, gdzie park narodowy kończy się za progiem domu
Najpiękniejsze, a także optymistyczne, jest to, że tuż za opłotkami St. Lucii rozciąga się park narodowy. Graniczy z nim także ocean, nie będąc jego częścią, jako, teoretycznie, park morski. I te wszystkie wieloryby, delfiny, hipopotamy i domniemane lamparty żyją poza granicami parku, na normalnym terytorium. A ludzie, jak to się zwykle mówi w tego rodzaju przypadkach, „dają radę”. A nawet zarabiają na życie na istnieniu tej przyrody u siebie w domu.
I to zarabiają na ogół poprzez wysokiej jakości usługi. Od dawna mam przekonanie, że wybitna jakość usług hotelarskich, gastronomicznych ( co za okropne słowo, chodzi przecież o sztukę tworzenia i podawania jedzenia) i handlu przedmiotami do domu i do ubioru, z czegoś wynika. Ale nie tylko z prostego zamiaru wzbogacania się na turystach z zagranicy i tych krajowych.
Przypuszczam, że miejscowi zdaja sobie sprawę z tego, że przybysze na ogół mają wpojony romantyczny i nostalgiczny mit Afryki. Południowi Afrykańczycy szczęśliwie wybrali jego kultywowanie nie poprzez handel tandetą, a więc czymś co rozwadniałoby ów mit, lecz poprzez wysoką kulturę usług i jakości produktów.

Królewski Park Narodowy Hlane (Hlane Royal National Park)
Hlane – mały park z wielką odpowiedzialnością
W wysokim stopniu podobnie jest w parku Hlane w eSwatini. Powstał on na dawnych terenach łowieckich króla tego małego państwa, graniczącego z RPA i Mozambikiem.
Jakie państwo, taki park. Też mały, zajmuje nieco ponad 200 km kw. To mniej niż połowa powierzchni Warszawy. Jakby to było nadal za dużo, wydzielono w nim specjalną strefę. Jej szczególny status polega na tym, że nie wolno tam wjechać samodzielnie swoim samochodem. Można tylko wykupić wycieczkę parkowym samochodem, prowadzonym przez przewodnika.
Jest tak dlatego, że w specjalnej strefie, i tylko tam, żyją lwy.

Lwy w Królewskim Parku Narodowym Hlanee
Dlaczego lwy mają własne królestwo?
Zachodziliśmy w głowę, dlaczego odseparowano te koty od reszty parkowego zwierzyńca. I dlaczego ta restrykcja co do sposobu wjazdu i poruszania się przez miłośników safari. Park wyjaśnia to tak: po pierwsze, gdyby lwy mieszkały razem z rogaczami, to ze względu na niewielki obszar parku doszłoby do nadmiernej redukcji populacji rogaczy (kopytnych).
Ten argument jakoś nie trafił mi do przekonania. Drugi mówi o tym, że park specjalizuje się w ochronie białego oraz czarnego nosorożca i gdyby na tym samym obszarze współwystępowały lwy, to ochrona nie mogłaby być prowadzona w sposób optymalny.
Ten argument daje się po chwili namysłu przekształcić w bardziej zrozumiały i nawet przekonujący: gdyby park był dostępny na normalnych zasadach, obejmujący self driving, to ze względu na lwy byłby tłumie odwiedzany. A to z uwagi na niewielką powierzchnię mogłoby się odbić negatywnie na nosorożcach. Bowiem nosorożec swoją posturą komunikuje – moim zdaniem – że bardzo ceni sobie spokój. Prawdopodobnie dlatego że przetaczanie po lądzie takiej masy nie odbywa się bez wysiłku i wydatkowania znacznych ilości energii. A to by się musiało dziać, gdyby nosorożec, czy to biały, czy czarny, musiał często schodzić z drogi ciekawskim turystom objeżdżającym teren wielości kilku warszawskich dzielnic w poszukiwaniu lwów.
Podejrzewam jednak, że dominuje w tych parkowych regulacjach chęć zarabiania na turystach płacących ekstra opłaty za przejażdżki w strefie wydzielonej, z kotami.
Ale to są technikalia. Do Afryki przyjeżdża się między innymi po to, by o świcie zobaczyć kołyszące się we mgle żyrafy. I nie pogarsza wrażenia fakt, że widzi się ten tak bardzo malarski wycinek rzeczywistości w mocno „parkowym” Hlane.

Hlane Royal National Park
Przed bramą Krugera
To wszystko co zdarzyło się od rozpoczęcia wyprawy, szczególnie zaś dni bliskiego kontaktu z przyrodą, miało nas przygotować, a zwłaszcza zaostrzyć apetyt, przed wjazdem do Parku Krugera.
Czy ten park, jeden z ikonicznych terytoriów nie tylko w RPA, ale w całej Afryce, spełnił oczekiwania czy może rozczarował? Stanowił ukoronowanie i podsumowanie czy też wyraził jakąś zupełnie inną prawdę o afrykańskich królestwach zwierząt. I czy jeszcze kiedyś wrócimy do Krugera, czy też obecna wizyta wystarczy już na zawsze. O tym w następnej relacji.
Ludwik Sobolewski
prawnik, przedsiębiorca, autor
Wybrane zdjęcia Daria Sobolewska





Między oceanem, górami i królestwem eSwatini – droga przez różne oblicza Afryki
Południowo-wschodni kraniec Afryki jest miejscem, w którym kilka światów spotyka się na niewielkiej przestrzeni. Wystarczy kilka godzin jazdy, aby przenieść się znad ciepłych wód Oceanu Indyjskiego, przez zielone wzgórza krainy Zulusów, aż po surowe górskie krajobrazy Lesotho, nazywanego Podniebnym Królestwem.
W pobliżu wybrzeża znajduje się St Lucia – niewielka miejscowość położona na skraju jednego z najcenniejszych obszarów przyrodniczych RPA. Otaczający ją obszar iSimangaliso Wetland Park, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jest niezwykłą mozaiką jezior, mokradeł, lasów nadmorskich, wydm i piaszczystych plaż. To jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie w jednym krajobrazie spotykają się hipopotamy, krokodyle, wieloryby i morskie żółwie. Nazwa iSimangaliso oznacza w języku zulu „cud” lub „coś niezwykłego” – i trudno znaleźć określenie lepiej pasujące do tego miejsca.
Nieco dalej na północ i zachód rozpoczyna się kraina związana z historią Zulusów. Zululand przez dziesięciolecia był centrum jednego z najpotężniejszych afrykańskich państw XIX wieku, stworzonego przez króla Czaka (Zulus Czaka). Dzisiaj jest to również region, w którym zachowała się jedna z najważniejszych ostoi dzikiej przyrody. Hlane Royal National Park w eSwatini powstał na dawnych terenach łowieckich miejscowej rodziny królewskiej i do dziś pozostaje symbolem związku między tradycją, ochroną przyrody i odpowiedzialnym korzystaniem z naturalnego dziedzictwa.
Jeszcze większą zmianę krajobrazu przynosi droga na południowy zachód, ku górom Smoczym (Drakensberg). To pasmo górskie należy do najbardziej spektakularnych formacji krajobrazowych południowej Afryki. Wznoszące się na ponad 3000 m n.p.m. szczyty, głębokie doliny i bazaltowe ściany powstały miliony lat temu w wyniku procesów geologicznych, które ukształtowały znaczną część tego regionu.
Jedną z najbardziej znanych dróg prowadzących przez te góry jest Sani Pass – dawna górska ścieżka, która z czasem stała się jedną z najbardziej niezwykłych tras samochodowych Afryki. Przekracza granicę pomiędzy Republiką Południowej Afryki a Lesotho, prowadząc z nizin KwaZulu-Natal do świata wysokich płaskowyżów, gdzie tradycyjny sposób życia mieszkańców od wieków pozostaje związany z rytmem gór.
Lesotho jest jedynym państwem na świecie, którego całe terytorium leży powyżej 1400 m n.p.m. Góry nie są tu jedynie krajobrazem – są fundamentem historii i tożsamości mieszkańców. Wodospady, skaliste doliny i rozległe trawiaste wyżyny tworzą krainę, która przez wieki chroniła swoją odrębność przed wpływami zewnętrznymi.
Droga prowadząca przez te miejsca pokazuje niezwykłą prawdę o południowej Afryce: nie jest to jeden krajobraz, lecz wiele światów ułożonych obok siebie. Ocean, sawanna, busz i góry nie tworzą oddzielnych historii. Wszystkie są częścią tej samej opowieści – kontynentu, który wciąż potrafi zaskoczyć człowieka zmiennością własnego oblicza.

Przełęcz Sani (Sani Pass)
Dzika przyroda czwartego etapu wyprawy
Czwarty etap wyprawy prowadzi przez jeden z najbardziej niezwykłych przyrodniczo fragmentów południowej Afryki. To obszar, w którym granice między światem ludzi a światem dzikiej przyrody bywają wyjątkowo cienkie. Zwierzęta nie zawsze pozostają tu zamknięte za ogrodzeniem parku narodowego – czasem pojawiają się na ulicach miasteczek, przy domach i w miejscach, które z pozoru należą wyłącznie do człowieka.
W okolicach St Lucia ocean spotyka się z lądem w jednym z najcenniejszych zespołów przyrodniczych kontynentu. iSimangaliso Wetland Park chroni krajobraz, którego wyjątkowość wynika właśnie z różnorodności. Morskie wody Oceanu Indyjskiego, piaszczyste plaże, laguny, jeziora, mokradła i lasy nadbrzeżne tworzą mozaikę siedlisk, w których żyją zarówno gatunki związane z wodą, jak i mieszkańcy sawann.
To tutaj można obserwować jednocześnie życie oceanu i lądu. Wzdłuż wybrzeża pojawiają się wieloryby, a przybrzeżne wody odwiedzają delfiny. Na plażach gniazdują żółwie morskie, natomiast w jeziorach i rzekach tego regionu swoje terytoria zajmują hipopotamy i krokodyle nilowe. Niewiele miejsc na świecie pozwala zobaczyć tak bliskie sąsiedztwo wielkich zwierząt wodnych, morskich i lądowych.
Dalej na zachód krajobraz zmienia się. Nad wybrzeżem i nizinami KwaZulu-Natal dominują tereny sawannowe, gdzie od ponad wieku prowadzona jest ochrona największych afrykańskich zwierząt. Hlane Royal National Park w eSwatini jest jednym z najważniejszych miejsc ochrony nosorożców w regionie. Jego rozległe trawiaste przestrzenie i zarośla stanowią schronienie dla dużych roślinożerców, a specjalnie chronione obszary pozwalają zachować populacje gatunków, które w wielu częściach Afryki zostały dramatycznie przetrzebione.
Jeszcze inny świat pojawia się wraz z wjazdem w góry. Drakensberg to kraina wysokich zboczy, skalnych ścian i górskich traw. Wraz ze wzrostem wysokości zmienia się także przyroda – miejsce tropikalnych mokradeł zajmują chłodniejsze ekosystemy wysokogórskie, zamieszkane przez zwierzęta przystosowane do surowych warunków.
Tak wielka różnorodność na stosunkowo niewielkim obszarze jest jednym z największych skarbów południowej Afryki. W ciągu kilku dni podróżnik może przejść od świata wielorybów i hipopotamów, przez krainę nosorożców i lwów, aż po górskie pustkowia Lesotho. To nie jedna Afryka. To wiele Afryk spotykających się na jednej drodze.










Drogi, których nigdy nie wybierzemy
Najdłuższą drogą w każdej podróży jest ta, której nigdy nie przebyliśmy.
Nie znamy krajobrazów, które mogłyby pojawić się za zakrętem innej drogi. Nie wiemy, jakie spotkania czekałyby na nas w miejscach, do których ostatecznie nie dotarliśmy. Być może właśnie dlatego podróż nigdy nie jest wyłącznie zapisem tego, co zobaczyliśmy. Jest także cichą opowieścią o wszystkim, co pozostało poza naszym zasięgiem.
Ten etap afrykańskiej wyprawy miał być odmienny. Miał prowadzić nas w innym kierunku. A jednak droga, która powstała z konieczności, przyniosła własne historie – hipopotamy pojawiające się tam, gdzie człowiek zbudował swoje domy, wieloryby wynurzające się z oceanu, lwy patrzące z odległości, której nie mierzy się metrami, lecz emocjami.
Afryka po raz kolejny pokazała, że nie daje się sprowadzić do planu podróży. Nie jest zbiorem punktów zaznaczonych na mapie. Jest spotkaniem. Czasem ze zwierzęciem, czasem z człowiekiem, a czasem z samym sobą – z tą częścią nas, która przypomina sobie, że świat istniał miliony lat przed nami i będzie trwał długo po tym, gdy zgasną już o nas nawet wspomnienia.
Za nami pozostają drogi eSwatini, wybrzeże Oceanu Indyjskiego i górskie przełęcze prowadzące ku Krainie Nieba. Przed nami miejsce, którego sama nazwa od dziesięcioleci pobudza wyobraźnię podróżników – Park Narodowy Krugera.
Ale zanim przekroczymy jego bramy, warto pamiętać o jednej rzeczy:
Najważniejsze chwile podróży rzadko pojawiają się tam, gdzie ich oczekujemy. Czasem czekają na nas właśnie na tej drodze, której początkowo wcale nie chcieliśmy wybrać…
Przed nami kolejne etapy, zostańcie z nami…
Poprzedni Etap: Afryka to spotkanie

















