Ameryka PnMorzaPodróżeZwierzęta

Atak skorpiona i krokodyli w Meksyku

„Dobrodziejstwa” Puerto Morelos

Tym razem podjęłam próbę opisania doznań sprzed kilku lat, które wyjątkowo nie są nasiąknięte moimi rozczarowaniami, co do świata i mających w nim haniebnych ekologicznie ludzkich postępowań. Obiecałam to komuś, choć przyznam, że nie jest to proste, bo mając szeroko otwarty umysł i oczy, obecnie trudniej jest niestety dostrzec i przeżyć coś naprawdę humorystycznego. Całe szczęście, że nie jest to całkowicie niemożliwe.

Pewnego lata tradycyjnie planowaliśmy nasz wyjazd.  Wybór był ciężki – miało być daleko i troszkę egzotycznie, miało to też być nowe i dotychczas przez nas nieodkryte miejsce. Wybraliśmy Meksyk! Przyznam się – nie poczytałam wcześniej, więc pojechałam troszkę w ciemno.

Czasem lubię nie wiedzieć, co mnie czeka, dlatego zdarza się, że jest to dla mnie prawdziwa niespodzianka, a czasem zwyczajnie płatam sama sobie figla – tym razem padło na to drugie. Patrząc z dystansu, tak sobie myślę – może i dobrze, że nie szukałam informacji – jestem nieco płochliwa i gdybym tylko wiedziała, na jakie ryzyko powinnam się przygotować zmierzając w tamtą stronę, to pewnie szybciutko zmieniłabym ten kierunek – jakże wielce nieroztropna byłaby to jednak z punktu widzenia nietuzinkowych spotkań decyzja!

Puerto Morelos

Daleko od ludzi, blisko natury

Tak już mam, że od zawsze raczej stronię od ludzi, a podczas wakacji nad wyraz wręcz pilnuję swego odosobnienia i dlatego właśnie od zawsze spędzam je z rodziną wynajmując domy w różnych miejscach na świecie. Ten w Meksyku był wyjątkowy, bo oprócz fajnego designu raczył nas wieloma niespodziankami każdego, pięknego dnia. Te niespodzianki wynikały z jego przepięknego położenia. Bardzo je doceniałam pomimo, że każdorazowo wystawiały moje zdrowie psychiczne na ogromną próbę.  Od frontu widok na Morze Karaibskie a z tyłu dżungla i to wszystko w samym środku małej, spokojnej mieścinki zwanej Puerto Morelos, położnej w połowie drogi między Cancun a Playa del Carmen.

Taki układ, w tej części świata powinien od razu coś mówić, jednak chęć odprężenia wzięła górę i sprawiła, że dość nonszalancko podeszliśmy do niemalże wdzierającej się nam do domu tamtejszej, zielonej flory. Powszechnie wiadomo, że w parze z florą zawsze „tańczy” fauna i już pierwszego ranka przytrafiła nam się prawdziwa „cha – cha”.

Okazało się, że może udało mi się znaleźć doskonałe, ustronne miejsce od wszelkiego rodzaju gatunku ludzkiego jednak, jeśli chodzi o inne towarzystwo, to było raczej tłumnie. Dzień nie stwarzał większego problemu – szybko nauczyliśmy się dzielić naszą posesję z legwanami, wężami, jaszczurkami i przeróżnymi innymi mniej lub bardziej jadowitymi stworzeniami, których kolorów nawet nie śmiem opisywać, a które wyłaniały się dosłownie zewsząd nie omijając nawet basenu.

Najgorzej było oczywiście ze mną, bo miałam dość hałaśliwe początki. Nigdy też nie sądziłam, że się do takiej sytuacji przyzwyczaję i w końcu przestanę się tak panicznie wydzierać. Jednak w końcu tak się stało i dumna ze swojej odwagi myślałam, że jestem gotowa na dziarskie przywitanie nocy.

Meksyk

Nocni goście

A nocą wiadomo – zmiana warty na „potwory”. Inne okoliczności przyrody, inne „tańce” i naprawdę nie sądziłam, że tak dobrze potrafię „pogo” (dla tych, którzy nie znają, pogo to taniec – red).  Nocą  nasze nieświadome zagrożeń dzieci spokojnie i smacznie spały, a ja przed zaśnięciem „tańczyłam” wraz z mężem w towarzystwie spazmatycznych, ale i też niemych okrzyków – wszystko po to, by nie obudzić, by tylko nie wystraszyć potomstwa.

Twarde – tak nazwałam ogromne, kilkucentymetrowe, latające żuki, które często spadając z wysokości tłukły swe ciała o podłoże z niemałym hukiem. Przekonałam się, że w przeciwieństwie do stworzeń ceniących sobie aktywność dzienną te, co ożywiają się nocą mają raczej paskudne ubarwienie. Twardy był sinobrązowy i jak spadł na „plecki”, to bez pomocy z zewnątrz raczej nie miał szans na dalszy ruch i był skazany na dłuższe leżakowanie.

Problem polegał na tym, że nocą w domu było tego „bractwa” całkiem sporo. Nie chciałam ich tak zostawiać – ze strachu, a nie z dobroci serca – lepiej wyłapując i usuwając z domu, mieć nad nimi choćby względną kontrolę, niż na przykład „dzielić z nimi łoże”, gdy przypadkowo wprawią się w ponowny ruch.

Skorpion

Atak skorpiona

Pewnego razu po takiej łapance, zmęczeni usuwaniem z różnych części domu leśnej gawiedzi Meksyku, zasłużyliśmy na porę relaksu. Przestronny „living room”, wygodna kanapka a w dłoni smaczny drink – zażywaliśmy relaksu. Cisza, spokój – w końcu jest czas, by się porozglądać i porozmawiać na temat urzekającego wystroju tegoż wnętrza.

Rozprawialiśmy o tym, o tamtym i nagle mąż leniwie odrzucił swą głowę do tyłu, łypiąc oczami na sufit. Jeeeezusssss Maria – skorpion! Nigdy nie sądziłam, że kiedyś w ogóle usłyszę „na żywo” taki komunikat. Był! Czarny, duży! U góry, tuż nad naszymi głowami! Nie wiedziałam, czy najpierw dostać zawału serca a potem się za niego jakoś zabrać? Czy może najpierw jakoś się go pozbyć, a potem umrzeć z nadmiaru tych ekstremalnych jak na moje zszargane nerwy wrażeń?

Tym razem nie było czasu na jakikolwiek „taniec” a wszelka histeria musiała ustąpić opanowaniu. To było nasze pierwsze starcie ze skorpionem, ale wiedzieliśmy, że musi to być szybka akcja – wdrożyłam więc opcję numer dwa. Miotła, szufla i mąż w natarciu – to było to, na co się ostatecznie zdecydowałam. Zachowując dystans, wspierałam jego walkę, co rusz robiąc pamiątkowe zdjęcia, które miały być ostatecznym dowodem jego odwagi i niebywałej, rycerskiej wręcz jak na moje oko postawy. Tak, byłam mu wdzięczna, że mnie w to nie mieszał!

Meksyk

Zwiedzamy Meksyk

W ogrodzie płazy i gady, w domu twarde owady i inne stawonogi / pajęczaki, a do tego w kranie może czaić się ameba! Zwariować można – pomyślałam i zdecydowałam, że natychmiast trzeba się gdzieś ruszyć. Zwiedzanie to najlepszy sposób na spędzenie czasu poza domem i jego licznymi atrakcjami. Pojechaliśmy więc w teren!

Były okoliczne plaże, Tulum, były też i piramidy Majów. Jechaliśmy daleko, a nasz samochód dosłownie „skąpał” się w chmarze „soczyście cytrynowych” motyli. Nie przesadzam! Było ich tyle, były tak żółte i okazałe, że chwilami miałam wrażenie jakbym „zanurkowała” w historii z jakiejś kultowej, dziecięcej baśni.  Widziałam też z oddali dość sporych rozmiarów małpy beztrosko skaczące po przydrożnych drzewach – działo się.

Krokodyl

Atak krokodyli

Któregoś razu przejeżdżając tak autem zauważyłam znak, był na nim krokodyl i coś po hiszpańsku. Na pierwszy rzut oka wyglądał na informację, więc zatrzymaliśmy się przy mokradłach. Idziemy na spacerek – zdecydowałam, zabrałam dzieci i powędrowaliśmy w jego stronę. Stał tuż przy mostku. Punkt widokowy, mylnie zinterpretowałam – pewnie tu można w spokoju pooglądać krokodyle. Byłam wniebowzięta, więc całą rodzinką i bez zastanowienia (dlaczego jesteśmy jedyni?), dziarsko tam wkroczyłam.

Mostek…no cóż, był troszkę „nieteges” – kolebał się na wszystkie możliwe strony a i w te niemożliwe chyba też. Jakby tego było mało, brakowało w nim niemalże wszystkich klepek. Jednak podniosłość chwili była tak ogromna, że zwyczajnie nie chcieliśmy dostrzec tejże ułomności. Staliśmy dumnie całą rodzinką na „ledwo dyszącej” konstrukcji w uniesieniu wypatrując w oddali tych prastarych, krwiożerczych gadów i gdy po dłuższej chwili stwierdziłam, że to jakaś lipa, bo w tej wodzie pewnie żyje wszystko tylko nie one, mój mały synek szarpiąc mnie za nogawkę pokazał palcem z twarzą pełną przerażenia na ogromną szczelinę tuż pod naszymi nogami.

Patrzyłam zachłannie w dal z marzeniem o choćby chwilowym szczęściu związanym z wypatrzeniem krokodyla, a tymczasem wielgachna bestia spoglądała głodnym wzrokiem na nas, mając od dłuższego czasu na celowniku nasze cztery soczyste ciała. Przysięgam, że przy tym wrażeniu skorpion, to tak zwany „pikuś”!  Do teraz nie wiem, jak znaleźliśmy się z powrotem w aucie – to nie był bieg tylko najprawdziwsza teleportacja. Natychmiast zrozumiałam, jak źle i bezmyślnie odczytaliśmy stojący nieopodal znak, który raczej przestrzegał, a nie zachęcał do kontaktu z mieszkańcami mokradeł.

Ponoć podłość ludzka nie ma granic, wówczas dowiodłam przede wszystkim sama sobie, że głupota również. Tak się właśnie traci życie! Od tamtej lekcji postanowiłam, że już zawsze będę ostrożna i postaram się nie wyginąć wraz z rodziną, jak prastare ptaki dodo!

Choć tytułowe „dobrodziejstwa” Puerto Morelos w Meksyku zdominowały ówczesny pobyt i troszkę zszargały mi nerwy, to nie zamieniłabym tych chwil na spokojniejsze. Mówi się, że co nas nie zabije to nas wzmocni. Tamtejsze przeżycia wzmocniły moją czujność, ale i przekonanie, że bez całej na przód nie ma nowej przygody!

Leila

Meksyk

Polecamy


Wybrane specjalnie dla Ciebie

2 komentarzy

  1. Z tymi krokodylami to mieliście dużo szczęścia. Ale swoją drogą to była absolutna beztroska, żeby tak sobie zinterpretować ten znak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.