AfrykaGeografiaOpowiadaniaParki NarodowePodróże

Park Narodowy Krugera jak perła złocista

Afryka oczami Ludwika

Afrykański rytm świata natury

Niektóre miejsca ogląda się z zachwytem. Inne sprawiają, że samo słowo „zachwyt” wydaje się niewystarczające. Nie dlatego, że są piękniejsze od pozostałych, lecz dlatego, że przypominają o czymś, co współczesny świat niemal utracił – o istnieniu porządku, którego człowiek nie stworzył i którego nigdy do końca nie podporządkuje sobie.

Może właśnie dlatego afrykański busz porusza tak głęboko. Nie jest dekoracją dla podróżników ani scenerią safari. Jest światem, który trwał długo przed nami i – jeśli będzie miał odrobinę szczęścia – przetrwa również po nas. Każda żyrafa stojąca na tle czerwieniejącego nieba, każdy słoń przecinający wyschnięte koryto rzeki, każdy lew znikający w wysokiej trawie przypomina, że prawdziwa dzikość nie polega na braku człowieka. Polega na tym, że człowiek nie jest w niej najważniejszy.

Na końcu tej wyprawy czeka miejsce, które od ponad wieku pozostaje symbolem ochrony afrykańskiej przyrody. Dla jednych jest spełnieniem marzeń o safari. Dla innych – ostatnią próbą odpowiedzi na pytanie, czy w świecie coraz szczelniej wypełnionym drogami, miastami i ludźmi istnieją jeszcze przestrzenie, gdzie natura zachowała własny rytm.

Ostatni etap podróży prowadzi właśnie tam. Do miejsca, które dla wielu jest sercem dzikiej Afryki. A czasem również miejscem, z którego wraca się już nieco innym człowiekiem…

Oddajemy głos Ludwikowi…

Afryka – orientacyjna mapa całej wyprawy

Kruger jak perła złocista

Miałem obawę przed wjazdem do Parku Krugera. Co z tego, że wiedziałem doskonale, że to największy z parków narodowych na naszej trasie. Co z tego, że gdy mówisz Kruger to mówisz „klasyczne safari”. Że jest to instytucja, będąca tyleż instytucją ochrony przyrody co częścią kultury i stylu życia, której nie wymyślono na fali rozwoju globalnej turystyki, lecz już sto lat temu (taką właśnie okrągłą rocznicę park obchodzi w tym roku). I wreszcie co z tego, że nawet w bogatym programie naszej wyprawy sześć dni w Krugerze (cztery pełne, dwa na wjazd i wyjazd) miały być jej ukoronowaniem.

Miałem obawę, bo wszyscy wiemy, jak turyzm zamienił wiele miejsc w Europie w parki tematyczne, w których przyjezdni wyparli lokalną ludność i autentyczny koloryt z zakątków, w których ci przyjezdni chcą zarazem czuć się, choć przez chwilę, częścią innej, podziwianej, nawet jeśli zmitologizowanej i romantyzowanej, kultury.

Widziałem asfalt prowadzący do piramid w Gizie i przystanki autobusowe tamże – a pamiętałem, jak to wszystko wyglądało w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku (na szczęście piramidy są nadal potężne i nie dają się zdominować cywilizacji asfaltu i betonu). Wiem, że park Denali na Alasce można już przejechać w całości wyłącznie zbiorowym transportem.

Zarazem uświadamiam sobie, że jestem przecież uczestnikiem tego uniwersum podróżowania i turystyki. Nawet jeśli nie zapiszę się do klubu tych, którzy jadą w zorganizowanej grupie na safari na jeden dzień, by sfotografować wielką piątkę a nazajutrz wylecieć samolotami do swoich krajów.

Park Narodowy Krugera (Kruger National Park)

Czy legenda przetrwała próbę czasu?

Nie wiedziałem więc, co zastanę w Krugerze. Zwłaszcza w porównaniu z tym, co było dwadzieścia lat temu, gdy niezawodną toyotą corollą zrobiłem w parku wiele kilometrów, śpiąc w namiocie w obozowiskach wewnątrz Krugera, przesadnie paląc wieczorami steki na paleniskach braai, wpadając w euforię na widok stada bawołów (wszak moim pierwszym spotkaniem z bawołem były strony – nie, nie strony www – książki Szklarskiego, „Tomka na Czarnym Lądzie”). I na widok lwicy, którą zobaczyliśmy wreszcie, ostatniego dnia, na może dwie godziny przed opuszczeniem parku. Nie mam też pojęcia, jak to się wszystko zdarzyło bez Internetu oraz telefonu komórkowego, ale się zdarzyło.

Sanktuarium, a nie park rozrywki

Na szczęście, obawa okazała się niepotrzebna. Donoszę, że Kruger obronił się chyba nawet lepiej niż piramidy egipskie.

Jest asfalt, ale zawsze był, bo to jest duży park (prawie 20 tys. km kw.). Przecina go nadal bardzo wiele szutrówek. Miejsca piknikowe – z rzadka, trzeba planować zatrzymania się i wyjście z auta, na przykład w celu uwzględnienia potrzeb swej fizjologii. Nie ma wysypu nowych obozów, a z dawnych nawet Skukuza, nieformalna stolica Krugera, nie jest wcale miasteczkiem, jak to bywa opisywane, lecz co najwyżej malowniczą usługową osadą, i to zaplanowaną, zorganizowaną i utrzymywaną ze smakiem a wręcz z elegancją. Ludzi jest wielu, ale to się jakoś w miarę rozpierzcha na ogromnym obszarze – choć wiadomo, że wielki kot przy drodze potrafi zatamować ruch na niej na długo.

Co być może najważniejsze, mamy poczucie, że wszyscy ci ludzie traktują pobyt w Krugerze nie jak przysłowiową wizytę na Krupówkach czy pod Fontanną di Trevi, lecz jak spędzanie czasu w sanktuarium. W ostoji natury, ale i w enklawie, gdzie obowiązują specjalne reguły.

I jakoś się je łatwiej akceptuje niż poza tym mikroświatem – co wiem po sobie, ponieważ zapłaciliśmy mandat za to, że dziewczyny wychyliły się z okien toyoty (co jest eufemistycznym sformułowaniem, trafniej byłoby napisać, że prawie wyszły z samochodu, w środku którego zostały głównie ich nogi), by sfotografować zwierzęta.

Kruger jest doświadczeniem tak wielostronnym, że człowiek szanuje zasady tego uniwersum i jeśli je naruszy, to przyjmuje od rangersa mandat i potem płaci bez złości.

Park Narodowy Krugera (Kruger National Park)

Wielka Szóstka, a może nawet Siódemka

Kruger to zwierzęta, ale też rzeki, skały, sawanna, busz (ogólnie: manifest roślinności), wzgórza a nawet góry. Krajobraz, w którym samochód z lat trzydziestych ubiegłego wieku nie wygląda sztucznie. W którym nocą gwiazdy są na swoim miejscu. Gdzie mijając ludzi w innych samochodach, ruszających dalej po obejrzeniu jakiegoś czworonożnego zjawiska, widać na ich twarzach uśmiech, który rodzić się musi gdzieś głęboko, w okolicach serca lub jeszcze niżej, w brzuchu.

Uśmiech, który daje się zinterpretować jako emanacja poczucia szczęścia, choćby i chwilowego, i jako taki powinien być doliczony do tego, co uważa się za największe atrakcje Krugera. To zatem nie Wielka Piątka. To Wielka Szóstka. A nawet Siódemka, jeśli docenimy wrażenie spójności i harmonii między niebem w nocy, zachodami i wschodami słońca i tym wszystkim, co żyje na ziemi.

Powrót zaczyna się wcześniej

Na koniec przeskok do innego świata. Droga do Johannesburga prowadząca w części przez pasmo Drakensbergu w Mpumalandze. Kawa i naleśniki w Pata Pata na Fox Street w dzielnicy Maboneng w Job’urg (podobno nie należy zapuszczać się na sąsiednie ulice). Imponujący, dziwaczny i stanowczo zbyt drogi antykwariat Collector’s Treasury na obrzeżach CBD (gdzie podobno lepiej zostawić auto na strzeżonym parkingu; mnie jednak wydało się, że nawet w tej dzielnicy niekoniecznie od razu pada się ofiarą rozboju czy jeszcze gorszych czynów).

Do zobaczenia, Afryko…

I samolot. Urządzenie do unieważniania odległości i przestrzeni, ale w przypadku lotu z punktu na dole globusa do Stambułu trochę tego poczucia odległości pozostaje w duszy.

Dziękuję Czytelnikom DinoAnimals.pl za tę wspólną podroż.

Ludwik Sobolewski
prawnik, przedsiębiorca, autor

Wybrane zdjęcia i filmy Daria Sobolewska

Drogi, które pozostają

Każda podróż kiedyś się kończy. Nie każda jednak przemija.

Najpierw wracają obrazy. Pył unoszący się nad drogą o świcie. Sylwetka żyrafy nieruchomo stojącej na tle zachodzącego słońca. Cichy krok słonia. Spojrzenie lwa. Przychodzą wspomnienia miejsc. Z czasem jednak okazuje się, że najmocniej pozostają nie krajobrazy, lecz krótkie chwile, których nie sposób było zaplanować i których nie udałoby się wiernie odtworzyć nawet na najlepszej fotografii.

Afryka nie uczy człowieka, jak zdobywać świat. Uczy czegoś znacznie trudniejszego – że świat nie czeka, aż go zdobędziemy. Trwa bowiem własnym rytmem. Byliśmy jej gośćmi zaledwie przez kilka tygodni, a mimo to pozostawiła w nas ślad, którego nie mierzy się kilometrami ani liczbą spotkanych gatunków.

Może właśnie dlatego wraca się z takich wypraw odrobinę spokojniejszym. Z większym szacunkiem dla tego, co dzikie, kruche i prawdziwe. Z przekonaniem, że największym zwycięstwem człowieka nie jest podporządkowanie sobie natury, lecz zachowanie pokory wobec jej istnienia.

Bo najpiękniejsze miejsca na Ziemi nie proszą, by je podziwiać. Proszą jedynie, by pozwolić im trwać.

Poprzedni Etap: Drogi, których nigdy nie poznamy…

Drogi, których nigdy nie poznamy…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button