Mój kolega z domowego podwórka-Olgiert

Mój kolega z domowego podwórka-Olgiert

Postautor: Kaiser » 30 wrz 2013, 22:01

Odkąd pamiętam, w domu mieliśmy kota. Tak właściwie już przed moimi narodzinami zawsze był kot. Mojej mamy jeszcze nie było na świecie, a kot w domu już był. Mojego dziadka też nie było, ale był kot. Kot był zawsze. Nie ten sam oczywiście, koty umierały, rodziły się nowe. Ale w domu był kot. Miało to różnorakie powody, kiedyś przede wszystkim praktyczne. Pochodzę z małej mieściny, w „złotych czasach” miała aż 4800(!!!) mieszkańców. Moi przodkowie mieli w domu zwierzęta gospodarcze: kilka świń, kury, kaczki, jakaś krowa i koń, gołębie. Potrzebna była dla nich żywność, a gdzie jedzenie i ciepło, tam i nieproszeni goście szybko się zjawiali. Myszy i szczury. Niestety nie te sterylne ze sklepów zoologicznych, lecz te mogące przenosić choroby. Tak że kot był potrzebny, aby w domu i otoczeniu nie było zbyt wielu gryzoni. Z czasem ilość zwierząt w domu malała, aż kilka lat temu zostało już tylko jedno. Kot. Obecnie jest on bardziej włochatym kumplem niż łapaczem gryzoni. Jego rola się zmieniła, ale jest nieodłącznym elementem domu. Tak jak kawa o poranku.
Za mojego życia przewinęło się wiele kotów, o losie wielu z nich nie wiadomo nic pewnego. Posiadają status „zaginionych”. Były to: Cicia Ciacia, Cicia Be (te imiona nadałem jako dziecko), Peter, Cicia/Kiler (pierwsze imię ja wymyśliłem, drugie starsza siostra. Wszyscy używali „Kiler”, ale Cicia brzmi lepiej, prawda?), Dżini, (…)-o nim mowa będzie później, Ramzes, Phantom/Tofik (znów wszyscy używają imienia wymyślonego przez siostrę…). Wszystkie lubiłem, każdy miał swój indywidualny charakter, dobre i złe cechy. W sumie każdy kot jest fajny, bo ma sierść i fajnie mruczy. Ale moim ulubieńcem był kot, którego imienia wcześniej nie wymieniłem: Olgiert.
Przyniósł go do domu ojciec od znajomego. Jako pierwszy, który go miał na rękach, miał prawo wymyślić imię. Kot otrzymał imię Wielkiego Księcia Litewskiego, który zbudował potęgę Litwy. Zmieniliśmy jednak „d” na „t”, aby jego imieniu nadać oryginalny ton. Tak ja to sobie przynajmniej tłumaczyłem. W rzeczywistości znajomy ojca miał na imię Olgiert i to na jego cześć został tak nazwany. Ale moje wytłumaczenie bardziej mi się podobało.
Olgiert był cały czarny. Jak noc. Albo kawa, taka mocna. Nie znaliśmy jego rodziców, tak że nie mieliśmy pojęcia, czy i jak duży będzie. A wyrósł na kawał kota. Był bez wątpienia największym kotem, jakiego miałem. I największym kotem w okolicy (dużo sąsiadów miało i ma też koty, tak że wieczorami trudno było któregoś nie spotkać na ulicy. Zazwyczaj w najciemniejszych zaułkach…). Jedynym, który mógł się z nim równać, był jego największy wróg- kot Płuciennik. Olgiert od początku miał pewność siebie. Trzeba go było głaskać w określony sposób, w przeciwnym wypadku drapał. O ile na początku było to dosyć śmieszne, z czasem zaczęło boleć. Nie prosił o jedzenie, ale też go nie żądał. Po prostu dawał do zrozumienia, że chce jeść. Był to też najdumniejszy kot, jakiego miałem. Po skończeniu roku był już pokaźnych rozmiarów, jednak brakowało mu wtedy jeszcze pewności siebie. Pamiętam sytuację, gdy siedział na murze, skulony i wystraszony, mając za przeciwnika kota o połowę mniejszego od siebie. Wtedy zareagowałem, ale tylko ten jeden raz. W końcu był to kot, musiał być samodzielny. Z czasem przekonał się, jaki jest duży i silny. Inne koty chyba się go bały, bo żaden nie pojawiał się na naszym podwórku. Dla mnie Olgiert był jednak kumplem. Pamiętam, jak latem godzinami się wylegiwaliśmy na słońcu, każdy na swoim leżaku. Było to dosyć fajne i śmieszne. Każdy chodził swoimi ścieżkami, wiedział, czego może oczekiwać od drugiego, na co może sobie pozwolić, zanim oberwie (tak tak, tak samo jak ja byłem drapany, tak kot dostawał po uszach. Mam nadzieję, że nikt z Greenpeace’u tego nie czyta…). Tak minęło kilka lat, na pełnym luzie.
Do czasu. Pewnego razu kot coś przeskrobał u ojca. Ojciec, aby mu pokazać, że postąpił źle, wyrzucił go za bramę. Powrót nie byłby dla kota problemem, gdyż często widywaliśmy go w różnych częściach miasta. Ale kot nie wrócił. Obraził się, musiał się poczuć urażony. Był tak dumny, że postanowił dać nam nauczkę. Mimo że nadal widywaliśmy go na mieście, Olgiert nigdy już nie wrócił do domu. Czekaliśmy kilka miesięcy, ale nic z tego. Kot się obraził. Foch.
Oto historia mojego ulubionego kota. Mimo wszystkich drapnięć i ugryzień. Był najpiękniejszym z postury kotem, jakiego miałem: duży, muskularny/gruby (każdy nazywał to inaczej, w dotyku był jednak miękki). Dumny, co mi się podobało. Nie łasił się, ale można było go głaskać. Ogólnie taki kumpel. Mój kumpel.
Kaiser
 
Posty: 1
Rejestracja: 30 wrz 2013, 21:59
Płeć: Mężczyzna

Re: Mój kolega z domowego podwórka-Olgiert

Postautor: Everett » 02 paź 2013, 20:37

Cóż, koty chodzą własnymi drogami, więc i Twój kot wybrał własną ścieżkę.
Poza tym, skoro został wyrzucony, to co mu pozostało...
Everett
Awatar użytkownika
Everett
 
Posty: 93
Rejestracja: 15 maja 2013, 17:04
Płeć: Kobieta


Wróć do Ssaki

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

cron

x